Link 01.09.2005 :: 17:00 Komentuj (4)
(rozrywek ciag dalszy)
Dwa dni temu podczas przerwy na lunch zasuwalam ze swoim szefem samochodzkiem wyscigowym po drogach Kentu i bylo zajebiscie. Ja co prawda nie jestem wyznawca takich form zabawy i boje sie szybkosci najbardziej na swiecie. Ale jakos trafilo zupelnie, maly treat tuz przed wyjazdem. Siedzenie pewnie z 10 centymentrow od ziemi, brak wszelkiego dachu, gigantyczna rura wydechowa. Podczas zasuwania kretymi uliczkami o malo nie umarlam ze strachu, ale fajnie. Polecam.
Wczoraj natomiast plulam sobie w brode siedzac caly wieczor przed telewziorem na zmiane ze sprzataniem domu. Bo stwierdzilam, ze nie ide na Dead 60's do Camden. Bo oszczedzam, musze odpoczac itd. itd. A glownie dlatego, ze nie wiedzialam, ktorzy to Dead 60's. A tuz przed tym, jak Carl zmywal sie wczesniej z biura, zeby zdarzyc na koncert, weszlam na strone zespolu i sie okazalo, ze to jedna z tych indierockowych band, ktorych piosenki uwielbiam, a ktorych nazwy w ogole nie znam (wszyscy, ktorzy byli chodz raz na IPNie na pewno slyszeli swoja droga). Zlosc troche zneutralizowal kolejny wieczor z angielska muzyka gitarowa w BBC THREE, konkretnie wieczor z Petem Dohertym i dokumentem *Who the fuck is Pete Doherty?* Wzruszalam sie co piec sekund ogladajac stare gigi The Libertines i Babyshambles i calusy jakie Pete dawal Kate Moss tuz po zejsciu ze sceny na zmiane z umartwianiem sie nad jego cpaniem. Smutno ogladac swojego ukochanego muzyka w takim stanie.
Dzisiaj,w ramach odbicia sobie wczorajszej straty jade na wystep The Bravery do hmv. Dzieki Inie, ktora jest chodzaca encyklopedia wszystkich miejskich, londynskich akcji.
Troche jednak zaczelo mi sie tesknic za moim miastem. Jak ostatnio robilam spis fajnych miejsc w Warszawie to mnie nostalgia naszla i gigantyczna chec, zeby jak najszybciej znalezc sie w jakiejs fajnej knajpie (najlpiej na Moko) z kidsami. No, ale juz niedlugo. Poza tym nasz wyjazd do Wilna zaczyna nabierac ksztaltow (so excited!). Chcialam rowniez zadeklarowac publicznie swoj podziw dla mojej zdolnej, madrej kolezanki Kasi za kampanie spoleczna ktora organizuje.
No. Z reszty newsow: musialam zahaslowac fotobloga, wiec jesli ktos zainteresowany niech uderza przez grono. W zyciu nie myslalam, ze moimi niewinnymi, turystycznymi zdjeciami, moze sie zainteresowac ta ZGNILIZNA blogowa, ktora sie prowadza po wszystkich dziewczynskich fotoblogach komentujac wyglad i ubraniowe bycie na czasie. No ale jednak.
Link 02.09.2005 :: 11:45 Komentuj (10)

The Bravery, HMV gig, 150 Oxford Street 1/09/05, foto: Carl
wiecej zdjec na sohereweare
Wiec dotarlismy wczoraj pomyslnie na The Bravery, mimo klod rzucanych pod nogi przez los i linie kolejowa Southeastern. Chlopaki zaskoczyly pozytywnie, bo wokalista ma naprawde zacny glos na zywo i ogolnie ladnie zagrali. Gig tylko kilkupiosenkowy, mnostwo ludzi. Srednia wieku pewnie z 17 lat, ale przyjemnie. Przesmiesznie bylo stac podczas koncertu obok Miko, ktory generalnie nie cierpi indie, jeszcze bardziej udawanego indie, wiec caly czas sarkal pod nosem i obdarzal otoczenie ironicznym usmiechem. Ina zdobyla trackliste i autografy od calego zespolu. A pozniej wyladowalismy na drinku w jakims klubie w okolicach Soho, gdzie zaprowadzila nas hiszpanska naganiaczka.
Ina mowi zostan, zostan, jeszcze kilka tygodni. Do domu ciagnie, ale szkoda jakos to wszystko zostawiac. Pierwszy raz mi sie tak ladnie wszystko poukladalo w Albionie. I Londyn inny poznalam, i w ogole jak w domu (moglabym tak dlugo, ale moze przyjdzie lepszy czas na notke nostalgiczna).
No ale chlopaki mowia, ze wpadna. Miko obiecal, ze nawet na poczatku listopada. Wheeee.
Link 20.09.2005 :: 21:27 Komentuj (14)
Dziki zapał kronikarski, czyli step by step, ostatnie dni Aster w Albionie.
Ostatnie dni w maksymalnie szybkim tempie, co mnie smuciło, bo nie miałam chwili, żeby się rozejrzeć i rozczulić nad pracą, okolicą i ludźmi. Ostatni londyński weekend udany, acz smutny, bo łza się w oku kręciła, że to już koniec tego lata.
Najpierw urocza sobota spędzona z Miko na kręceniu się po mieście (Portobello, Kensington), łażeniu razem po sklepach z objaśnieniami Miko ("jak to nie wiesz, co to za projektant, przecież to SKANDAL!" Na środku Selfridges;>), kupowaniu muffinów i chleba oliwkowego u pani na straganie na Portobello, oglądaniu książek w Oxfamie (Miko: kup tą, kup, będziesz najmądrzejszą osobą w Polsce- o Historii prasy brukowej; Ja: O Chryste Panie, to czarne dziecko mówi po POLSKU!).
Wieczorem najdziwniejszy klabing na ziemi angielskiej, z różnych przyczyn może i najbardziej nieudany. Eryk w wielkiej niedyspozycji po wcześniejszych wybrykach imprezowych, Ewa chora (dzięki mnie, aaaprofesjonalne zarażanie chorobami gardła), więc odmawiają uczestniczenia. My z Iną spóźniamy się z jakiś durnych powodów. Carl, w związku z czym, wściekły. Miko, w związku z czym, mówi, że się żegna i idzie do domu, bo rano praca (hate you, hate you, bloody Octopus Piazza).
Wiec szybki marsz przez całe Brick Lane i Shoreditch w poszukiwaniu klubu, który wpuszcza jeszcze po godzinie 1wszej. Lądujemy w końcu w Herbal. Co jest o tyle dobre, że miejsce to chciałam odwiedzić, a o tyle złe, że okazuje się o wiele słabsze niż myślałam. No ale są rytmy klubowe, które tak były mi potrzebne, leci nawet MYLO. Więc postanawiam w pojedynkę pląsać na parkiecie niż po raz kolejny obśmiewać się z zalotów Carla do Iny. No. Drinki mają dobre, ludzie całkiem fajni, chociaż w wydaniu hardkorowych hetero, czyli odstawione panie w szpilkach, panowie trochę niby macho. Generalnie troszki poprawienie self esteemu (don't go, please. are you married or something?) i spora ilość alkoholu dobrze działa.
A później przemierzamy trasę Shoreditch - Brick Lane jakieś sto razy, wsadzamy Carla kolegę do taksówki i szukamy jakiegos afterparty, bo kluby londyńskie do tej 3ciej, a żadne nie ma nastrojów do powrotu do domu. Gdzieś w okolicach City toczymy wielką kłótnie na tematy geograficzno- światopoglądowe, która po raz kolejny udowadnia, że młodzi Anglicy mają problemy z głową. Szczególnie kiedy twierdzą, że Szkocja i Anglia to tak samo osobne państwa jak Polska i Rosja. Tekst wieczoru przyznaje jednak sobie, kiedy to, już trochę podenerwowana paplaniną mojego ulubionego Irlandczyka zakrzyknęłam: Carl, your country is called United Kingdom. And do you know WHY? Because it's fucking UNITED.
Później do łez doprowadziła nas historia pająka w mieszkaniu Carla, który mimo ciągłej deportacji do ogrodu *keeped on doming back*. Ale ta anegdotka bawi chyba tylko mnie i Inę.
O jakiejś czwartej lądujemy pod kościołem na Old Street, gdzie w starym miejskim szalecie jest klub znany z afterparites. Pół godziny spędzamy czekając, aż ktoś otworzy wejście, a później dowiedujemy się, że klub właśnie się zamyka. No ale jak na miejsce w byłym szalecie, wygląda zdecydowanie zaskakująco FAJNIE.
Niedzielne włóczenie się po mieście, Oxford Street w te i z powrotem, Soho. Wieczorem odbieramy Miko z pracy i jedziemy na Brick Lane, po raz ostatni w te wakacje dla mnie. Jest raczej spokojnie i OCZYWIŚCIE trochę smutno. Ludzi w 1001 jak zwykle mnóstwo, widzimy najładniejszego chłopca na świecie. A później chce mi się tak strasznie płakać, że jak Miko śpiewa jakieś stare szlagiery o pożegnaniach. Daje się namówić i zostaje na jeszcze jedną noc (fascynująca impreza nam się udała, z winem marki wino, wydanie angielskie).
A rano zostawiam moje dziewczyny kochane w łóżku, Miko wychodzi ze mną, bo wraca do siebie, na Stepney Green. Podróż pociągiem relacji Charring X- Gravesend po dwóch przespanych godzinach, wydaje się jedną z bardziej psychodelicznych rzeczy ever.
Następnie dwa dni w pracy na najwyższych obrotach, bo tak się zawsze kończy, gdy zostawia się wszystko na ostatnią chwilę. A we wtorek wieczorem, przed wyjazdem moje małe, pracowe, party pożegnalne, z którego dokładna relacja na foto była.
Były angielskie puby (totalnie uwielbiam), było najlepsze curry w mieście, były wygłupy, test na temat preferencji seksualnych podczas powrotu. A następnego dnia jeszcze chwilka w pracy, zdjęcia w kombinezonie PPE i kilka łez w samochodzie, jak Mark odwoził mnie do domu.
A później pan taksówkarz, ten sam, który odebrał mnie z lotniska sześćdziesiąy dni wcześniej. Gatwick, gdzie dziki tłum Polaków. I cudowny *incydent*.
Pani z obsługi lotniska przez głośniki:
A little boy called Nicky is waiting for his parents next to the information desk. Nicky is wearing a Catch me if you can T-shirt.
I gromki śmiech wszystkich na lotnisku, oprócz grupki Polaków.
A później okazało się, że samolotem lecę z Jamesem, z którym mieszkałam w Brighton.
No. To były piękne dwa miesiące Mili Państwo. I cudowni ludzie, których poznałam po drodze, ze szczególnym uwzględnieniem najmilszego Irlandczyka (Carla) i ULUBIONEGO Miko.
Dziękujemy Ci Anglio, pozostajemy w wiernej miłości dla lądu Twego.
Link 26.09.2005 :: 17:12 Komentuj (13)
Dziewiętnaście dni już na warszawskiej ziemi. Jak zwykle dużo eventów wszelakich, trochę uzupełniania zaległości kinowych (9 songs, Ladies in lavender), dużo spotkań kidsowych i nawet wyobraźcie sobie Państwo, teatr był dwa razy grany. Kto mnie zna, ten wie, że to dość nietypowe. 2007 Macbeth jest dla mnie genialnym, totalnie zmarnowanym pomysłem, który z chwili na chwilę przeradza się w coraz większą kupę, z kolei Benvolio i Rozalina przyjemne bardzo. Bardzo, bardzo.
Trochę się zmienia, bo tydzień temu podpisaliśmy z moimi drogimi współlokatorami umowę i już niedługo stajemy się w pełni i oficjalnie lokatorami pewnego ślicznego mieszkanka na Mokotowie. Dziś początek nowej pracy, wygląda na to, że niesamowicie przyjemniej. Tfu, tfu. I tak powoli leci, od eventu do eventu. Były już dwa u nas, na Balladyny, fajny wieczów w Kulturalnej z dwoma Kasiami, była Kazimierzowska, najlepsza miejscówka na Moko, z dyskusjami komiksowymi, słuchaniem nowej muzyki. Była kolacja u g5, ślicznie zrobiona, w cudownym mieszkaniu w APARTAMENTOWCU, z chmurką pod sufitem, spacery po nocnej Warszawie i oglądanie Aniołów. Było też oficjalne przywitanie aster w nowym on/offie, który może i klubem będzie FAJNYM, na razie niespecjalnie spełnia funkcje mitingowe.
W tak zwanym międzyczasie było mnóstwo sensacji z pomaganiem przy wybierampeel, które obfitowały poznawaniem POLITYKÓW i zwiedzaniem miejsc niesamowitych.
I tak sobie to powolutku płynie. Najbardziej sensacyjnym wydarzeniem ogłaszam zamarzanie podczas pierwszego noclegu w nowym mieszkaniu. Teraz mam nawroty ciepłych uczuć do rodziny, więc postanowiłam przeprowadzić się za kilka dni.
Weekend ostatni miły, bo już pełne zaklimatyzowanie się w warszawskich progach, co jak zwykle po angielskich wakacjach długo mi zajęło. Szokujące 40 minut w Pruderii (oh, dzizzzz), a wczoraj wieczorem przyjemny koncert Rotofobii, podczas którego niestety trzeba było znosić Indie- młodzieżówkę zwaną też Indie-betonem.
A później jeździliśmy po sztabach wyborczych. U PO najlepsze jedzenie, u SLD można było zapalić z Nikolskim i popatrzeć na Olejniczka, w siedzibie LPRu dużo ludzi WESELNYCH. A w PiSie spokojna, dystyngowana radość ze zwycięstwa.
No. A teraz będą rządziły nami dwa kaczory. Ale będzie.
PiS off, PiS out!