Link 30.07.2006 :: 23:12
Komentuj (6)(Opener)
Relacja bardzo szczegółowa, ostrzegam. Dla mnie- ku pamięci i dla Janusza- żeby dokładnie wiedział jak było.
1
Pharell
Kolektywnie postanowiliśmy darować sobie Manu Chao, więc pierwszy dla nas startował Pharell. Mój Boże, hip hopowy splendor jednak robi wrażenie. Przede mną dziewczynki rodem z klubu The Fresh rzuciły się sobie w ramiona ze łzami w oczach. Ja też się dość porządnie wzruszyłam, bo pierwsze primo, było to dla mnie oficjalne rozpoczęcie festiwalu, a po drugie łatwo się wzruszam i gwiazdy z telewizji robią na mnie duże wrażenie. Pharell pięknie śpiewa na żywo, a koncert był dokładnie taki, jak być powinien. Krzyczeliśmy zbiorowo z gwiazdorem "I want some pussy", były opętane piski (moje też, a jakże), jak boski Pharell podnosił koszulkę do góry i tłumowi ukazywał się jego NAGI BRZUCH i bokserki. Były wielkie hity, więc wyłam z radości podczas Frontin i Beautiful. Najbardziej chyba skakałam i szalałam podczas "She wants to move", mimo, że tak z telewizora to najmniej lubiany przebój. Po Pharellu były oczywiście kłótnie, że dziewczyński, że proste chwyty stosował na czarowanie tłumu (peace or war). Generalnie spierdalajcie. Jak ktoś tak śpiewa i robi taką muzykę to ja kocham, podziwiam i będę całowała ślady stóp.
Placebo
Chryste Panie, Brianie Molko i wszyscy święci. Co za nudziarstwo. Na początku się trochę wzruszyłam. Ale umówmy się, chłopcy odwalili robotę i znikneli za kulisami. Żadnych szaleństw. Z tego koncertu mogą być zadowoleni chyba tylko wielcy fani (piękne podsłuchane rozmowy o dobijaniu się do barierek i chłopcach rzucających misiami w Molko). Ja jednego dużego fana miałam przez cały koncert pod bokiem i tak samo jak ja co jakiś czas kręcił głową z poczuciem zażenowania. Nadal nie wiem czy kolega Molko nie z playbacku. Jedyne wzruszenie podczas coveru Kate Bush. No ale to skojarzenie z Januszem podziałało.
2
(oh, the bliss of the second day of open'er)
FF
Najpierw było dużo stresu, że nie zdążę na ukochanego Franza. Później zajmowanie strategicznych pozycji blisko sceny. Tysiące ludzi oczekujących koncertu i stojących uparcie pod sceną, mimo, że ciągle jasno. W moich okolicach tak jakbym się wybrała na kopie indie pop night. Dzieci w paski i z grzywkami na bok. Ale też mnóstwo ziomalstwa. I nagle jebut, już są na scenie. Alex nieśmiało do mikrofonu: Jesteśmy Franz Ferdinand i dziś zagramy dla Was koncert. A z każdą piosenką, kiedy tysiące ludzi skakało, śpiewało razem z nim i szalało, oczy robiły mu się tylko większe ze zdziwienia i uśmiech robił się coraz szerszy. Z boku sceny aż nosiło McCarthy'ego. Tupie nóżką, wywija, Alex rzuca się po całej scenie. Bob jak zwykle jakby go nic nie dotyczyło, gra na basie i ma w dupie. Zza perkusji dziko szczerzy się Paul. Na Take me out cała publika śpiewa tekst, na Jacqulie, This Fire i Darts of pleasure wszystkim absolutnie odbija. Na Michael ja drę się jak opętana, bo przez cały koncert marzyłam, żeby w końcu to zagrali. Chłopaki przedłużają koncert, nie będzie bisów, Alex krzyczy, że nie zapomną nigdy tej publiczności. Highlighty: niesamowite trzyosobowe napierdalanie w perkusję, wokal i uśmiech Kapranosa. Franz Ferdinand- fucking priceless, Alex Kapranos is God. Amen.
Sigur Ros
Ao ma rację, że chłopaki robią dziurę w sercu. Smutny, ale cudowny koncert. Pierwszy raz daleko od sceny, rozłożeni na kocyku, z najważniejszymi pod bokiem. Próbowałyśmy obie z Kasią histerycznie dodzwonić się do Janusza, ale tym razem połączenia telefoniczne przez Atlantyk odmówiły posłuszeństwa. Strasznie się spłakałam. Przez te smyczki, przez piękny, smutny wokal. A przede wszystkim przez to, że chciałam, żeby Drogi Ian był z nami.
Bezlitosny line up- chcesz obejrzeć cały Sigur Ros, nie było szansy na Ladytron. A później słyszałam bardzo entuzjastyczne opinie- m.in. od Pauli i Maćka, którym w kwestiach muzycznych bardzo ufam;)
Scissor Sisters
Mój Boże. Dużo radości tuż pod sceną. Jak oni się cudnie prezentują! Obok Gribo, który przez półtorej godziny podskakiwał, wrzeszczał, klaskał i tańczył ze mną. Mogłabym się długo rozwodzić nad tym jak się dobrze bawiłam. Ale zaraz po koncercie, Ao The Official Fun Spoiler, użyła kilku technicznych terminów i opowiedziała nam dokładnie o tym, jak wszystko śpiewali z playbacku. Smutek. Ale i tak byli cudowni.
Później trochę tańczenia do łupanki w klimatach house w jakimś namiocie i załapanie się na kilka ostatnich minut Coldcut.
3
The Streets
Tak się okropnie wydarzyło, że spóźniłam się na Mike'a, mimo, że był moim numerem 2 podczas tego festiwalu. Strasznie byłam smutna, szczególnie, że z smsów dostawanych prosto spod sceny od yssy, wiedziałam, że ominęła mnie już przeróbka "I bet you look good on the dancefloor" i "Don't cha wish your boyfriend was hot like me". Przed Open'erem się okrutnie bałam, że Majki nie będzie się mógł dogadać z publicznością i że wyjdzie z tego wielka kicha. Otóż nie było tak źle, jak myślałam, ale nie było tez jakoś wybitnie. Skinner się ciągle irytował, że tłum nie wykonuje jego poleceń i nie była to ekstaza na scenie i połączenie się z tłumem. Było kilka hajlajtów, przy tych piosenkach, które chciałam najbardziej usłyszeć na żywo, czyli Weak become heroes, Fit i Dry your eyes. Na Don’t mug yourself niestety nie zdążyłam. Niektórzy fajni, fajni znajomi (toi, jak fajnie było spotkać!) i dobrzy dziennikarze twierdzą, że Majki wyszedł absolutnie rewelacyjnie, że najlepszy koncert festiwalu. Dla mnie niestety nie bardzo, mimo, że uważam się za maniakalną fankę. Na pewno wyglądał cudownie.
Największe zaskoczenia festiwalu:
Kayne West
Umówmy się, że kolegi Kaynego znałam i lubiłam tylko i wyłącznie single. A ja mam tą właściwość, że fatalnie bawię się na koncertach, na których nie znam 90% piosenek. Ale Kayne zrobił tak cudowne show, że nie da się tego opisać. Zajebisty dj, świetne chórki (the black sassy was my favorite). Piszczałam i skakałam przez te półtorej godziny, a obok mnie całe stado przezabawnych Amerykanów. Ulubione: szybka przeglądówka przez to, co go inspiruje (woha! Beatles! Other woha- a-ha!) i przez jego największe hity. Chłopak mnie miał po pierwszej piosence, byłam idealną publicznością. Cieszyłam się wtedy, kiedy chciał, skakałam wtedy kiedy chciał itd.itd. I pierwszy raz poczułam tą niesamowitą magię festiwali. Tak się nagle rozejrzałam, a koło mnie konkretne karki rodem z prawej strony Wisły i kilku ziomali rodem z Ursynowa. Drą się i cieszą jak napieprza oktet smyczkowy. Magia muzyki Drodzy Państwo.
Absolutny highlight festiwalu:
Przedyskutowałam z kilkoma osobami występ Basement Jaxx i ze wszystkich przesłanek wychodziło mi, że będzie to najsłabszy, nudziarski koncert, który miałam cały zamiar spędzić błogo się upijając w *sektorze spożywczym*. Aż tu nagle słyszę Good luck. Minęła chwilka i już z Michałem i Kasią byliśmy pod sceną. Na drugi ogień poleciało Romeo. Moja ULUBIONA piosenka. Popatrzyliśmy się po sobie, wesoło zakrzyknęliśmy "o kurwa" i się zaczęło. Nigdy się tyle nie darłam, nie skakałam i tak mi nie odbiło. Pokłony dla wszystkich zajebistych wokalistek. Refleksje po: co jest lepsze od muzyki Murzyna? Muzyka kilku Murzynek.
Roger Sanchez
A później był taniec do momentu, w którym zrobiło się zupełnie jasno. I Maciek, który odpłynął (and I mean it) jakieś 500 metrów. Oh my God, how do I love house music.
Mój Boże, ale było.
A w międzyczasie było mnóstwo zabawy, o której dokładniej u ao i filmmixa. Było plażowe życie na bogato, kolorowe drinki, podróże skmką, spanie z Martą w jednym łózku, dokładne obgadywanie Veroniki Mars i ustalanie idealnego line upu na przyszły rok . Najlepsze pomysły były mojego autorstwa;-)Jakbym umiała ładnie po angielsku, to tez bym zrobiła taką cudną listę jak
ao. A że nie umiem to: ao, filmmix, yssy, gribo, Leszku, Natalio, Pauli, Mefju, Jano- wielkie lowe. Janusz- smutne, tęskniące lowe przez Atlantyk.
I oklaski dla organizatorów.
No. Prawie miesiąc spóźniona relacja, ale jaka szczera;-)