Link 10.07.2005 :: 21:19
Komentuj (9)Halo, halo. Jestem wlasnie w Londynie, w mojej ulubionej kafejce internetowej (EasyInternet przy Charring Cross). Pogoda sliczna. Londyn przez piatek i sobote pozostawal w szoku po czwartkowych wydarzeniach. Na ulicach raczej pusto bylo i spokojnie, kawiarnie pozamykane. Dzis juz wszystko wraca do normy, pod National Gallery mnostwo turystow, zreszta wszedzie mnostwo turystow. Wszedzie przystojni chlopcy;) A przy Buckingham Palace dzis obchody zakonczenia II Wojny Swiatowej.
Z yssy spedzilysmy dzis wybitnie pracowity dzien lezac w roznych londynskich parkach na trawie i jedzac niezdrowe angielskie jedzenie. Wczoraj natomiast porzadnie roznosilysmy yssowe cv po ewentualnych pracodawcach i zwiedzalysmy sklepy na Oxford Street.
Miasteczko, w ktorym mieszkam okazalo sie totalnym zadupiem, gdzie, jak wynika z dotychczasowego reaserchu, najwieksza atrakcja jest oblesny pub kolo stacji kolejowej. Gdzie zreszta leci muzyka ze wczesnych lat 80tych. Do samego centrum Londynu jedzie sie jednak li jedynie godzine, wiec nic nie maci mojego dobrego nastroju (no moze oprocz ceny biletow kolejowych).
Mieszkanie mam sliczne, z urocza sypialnia.
Kupilam juz pierwsza plyte indie-rockowa (Silent Alarm, Bloc Party, w ramach uzupelniania plytoteki).
W Virgin Megastroe i HMV gigantyczna letnia przecena plyt. Nawet gribo by znalazl cos dla siebie.
Jest mi wakacyjnie, fajnie i prawie juz nie boje sie jezdzic metrem.
Jak tam The White Stripes w Gdyni?
Link 13.07.2005 :: 16:21
Komentuj (7)Zyje zyciem spokojnego, nudnego Anglika obecnie. Na bardzo rano do pracy, w polowie dnia przerwa na lunch, niedobre jedzenie w pracowej stolowce. Po pracy gotowanie obiadu, zakupy w spozywczaku. Duzo telewizji, glownie seriale, bo do Anglii improtuja wszystko co fajne,czyli, w zaleznosci od dnia: double bill Will and Grace, Sex and the City, Przyjaciol, L World (!), a dzis w dodatku, specjalnie dla mnie Nip/tuck. Wczoraj po raz kolejny 28 dni pozniej z Cillianem (tak samo sliczny za kazdym razem!), durne komedie romantyczne ze wspollokatorka, ksiazka do poduszki.
Wspolokatorka nazywa sie Carla, jest kolo 30tki, pochodzi z RPA i jest dosc zabawna. Nauczycielka, ogolnie taka ciepla klucha, ktora kolekcjonuje wspomniane juz komedie romantyczne i uwielbia dzieci. Wbrew oczekiwaniom jest absolutnie biala;)
Prace mam fajna, chociaz angielskie slownictwo w branzy olei samochodowych nadal pozostaje dla mnie czarna magia. Ogolnie to co robie cale zycie, marketingowo-piarowskie akcje na stanowisku pomocniczym.
Jestem grzeczna, w domu nie pale, rozrabiac nie mam gdzie.
Gravesend jest jednak podla dziura, nie uroczym malym miasteczkiem. Sklepy zamykane sa o 5, puby sa dwa na krzyz, klubu zadnego. Zadnych atrakcji w ogole, najporzadniejsze sklepy to New Look (kaman!) i Dorothy Perkins. Centrum oblesne, jeden ladny kosciol, calosc do przescia w jakas godzine, wyglada jak sypialnanie dzielnice Brighton czy Londynu.
Tak czy siak I do enjoy myself. W weekend jedziemy z yssia albo do Brighton, albo wysciskac Janusza do Southampton.
Link 15.07.2005 :: 11:39
Komentuj (2)PLEASE CIRCULATE THIS MESSAGE AROUND YOUR OFFICE AND MAKE SURE
EVERYONE TAKES PART THIS FRIDAY:
The Leaders of the world are asking for your support to combat terrorism and we are being encouraged to demonstrate against these terrorists this Friday at 15:00 hours.
It is a well-known fact that the Taliban are against alcohol consumption and think it is sinful to look at a naked woman. Therefore, at 15:00 hours this Friday, all women should run naked through the office while men chase them with a beer in their hands. This is the best way to show our disgust for the Taliban and will hopefully help us in detecting the terrorists amongst us, so anybody who does not do as proposed will be deemed a terrorist, denounced to the world and shot.
Jak widac nie panuje tu ogolna zaloba i skupienie, tak jak probuja wmowic nam wszystkie media, szczegolnie te polskie;)
Link 15.07.2005 :: 17:27
Komentuj (7)Warsaw`s flashbacks
Jakos sie nie moge uwolnic od tych dwoch ostatnich tygodni przed moim wyjazdem. Dobre to dni byly. Zawieraly w sobie wszystko za co uwielbiam moich znajomych, dzialo sie w moich ulubionych warszawskich miejscach. Az sie lezka w oku kreci jak sobie mysle.
Wiec po kolei, odgrzewane kotlety, czyli warszawskie wspomnienia przelomu czerwca i lipca.
Moja jedyna i ukochana swietowala swoje urodziny w Pruderii, stawila sie zacna brygada. Pru na ten wieczor przejal psychotyczny dj puszczajacy bardzo dziwna muzyke i podpierajacy swoje dokonania muzyczne jeszcze dziwniejszymi slajdami. Posiedzieli grzecznie, zakrapiajac zdrowo alkoholem, pogadali, pointegrowali sie z isnowcami (to ja, to ja!), uratowali Anne, ktora sie zgubila na bezdrozach Mokotowa (znow ja!;>) I poszli na aktivistowa zabawe do Balsamu. W Balsamie tlumy dzikie, odlam ulubionych znajomych, czarujaca Dyrektor Artystyczna , UKOCHANY g5, piekna Szefowa Dzialu Mody innego magazynu w slicznej sukience. Z innych atrakcji wieczoru: troche zwawszy niz w Pru Pan Dj, nawet New Order i Coldplay puscil, ohydne darmowe pseudobreezery oraz szalejacy obok nas na parkiecie niejaki Pawel Wilczak i Agnieszka Maciag. Ale bylo! Marta uroczo belkotala, g5 powalal imagem American college boy i tancem (JAK on tanczy! sorry Marcin, sorry Ian, odpadacie;>), ao krecila dupa, a yssia lazila z kwiatami szczerzac sie. Bylo przednio, bylo pieknie, byla to impreza taneczna, z rodzaju takich, ktore ruszaja nawet mlodych poetow i ktore najbardziej lubie.
Dnia nastepnego odbyla sie kameralna kolacja w mieszkaniu mym przez rodzicieli opuszczonych. Stol zastawiony po brzegi, dzieki Ci jeszcze raz o dobry wujku Xawie i dobra wrozko Kaziu. Yssy ugotowala leczo (rece, ktore leczo: copywrite filmmix), ja bylam irytujaca gospodynia. Kazia poszla sie upijac w kapieli, Szymon sie klocil z cala reszta, skonczyl o 5.30. Dyskusje zawieraly tematy fundamentalne, czyli glownie podejscie do indie-rocka. Marta przytachala przyjaciolke z Krakowa, po czym zostawiala losowo wybrane japonskie produkty spozywcze w roznych miejscach mojego domostwa. Bylo fajosko.
W ten sam weekend zdalam w koncu (na 4!) swoj traumatyczny egzamin ze stosunkow miedzynarodowych i obejrzalam z greebem calkiem dobra “Ksiezycowa mile”.
Na trzy dni przed wyjazdem do UK mknelam pksem przez polskie bezdroza, odwiedzic dziadkow swoich i przekonujac sie, ze nie ma nic gorszego niz polska prowincja (surprisingly there is- angielska prowincja) oraz robiac prywatny konkurs na najbrzydsze miasto Wszechswiata. Tym razem z Radomiem wygraly Starachowice.
Bylo pieknie, byla wolnosc, ktorej glownym kryterium jest glownie czy moge sie polozyc spac o ktorej chce, wstac o ktorej chce i palic papierosy w swoim wlasnym mieszkaniu. Chryste Panie, co za dojrzalosc w wieku lat 22. Marcin ruszyl nawet swoja dupe na Kabaty, zeby sie ze mna pozegnac, Ina obciela i oprowadzila po piastowskich lumpeksach. Bylo pozegnanie w mojej ulubionej na Mokotowie Cafe Iluzjon.
A kilkanascie godzin przed wyjazdem testowalam nerwy swoje i swoich rodzicow nie pamietajac wszelkich mozliwych pinow i blokujac sobie swoj telefon. Maja jednak do mnie gigantyczna cierpliwosc.
Strasznie kocham swoje warszawskie zycie jak jestem daleko od niego;)))
Dzieny kochani.
A w niedziele: jedziemy nad angieeelskiee morzeee:)
Link 18.07.2005 :: 15:13
Komentuj (17)Sobota: Londyn
Lazimy z yssy po Chelsea, gdzie domy piekne, elegancko wszedzie. Odkrywam nowa obsesje na torbe-chlebak, ktora juz kiedys chyba we mnie drzemala. W sklepach zenua jakas straszna, wszedzie dokladnie to samo, nic nie zachwyca. Wszedzie hippie-etno look promowany, trafiaja do mnie troszke akcesoria spod tego typu, ale takie bardziej neutralne, niz te spod znaku Afryka Dzika. Wszedzie kapiace od cekinow, koronek, halek, koralikow rzeczy niby bardzo naturalne, niekiedy tez *Witamy na Dzikim Zachodzie*. Duzo slabizny, wszyscy chodza ubrani tak samo. Oczy nie bola tylko od ogladania nowych kolekcji (modowe przemyslenia: copywrite: yssy,ja i Janusz). Nici z kowbojek jednak. W prywatnym konkursie na najlepszy sklep leb w leb ida: Oasis, MissSelfridge i Warehouse.
W koncu trafiamy z yssy do Hyde Parku, a nie Green Parku, wloczymy sie po miescie, lunch utartym zwyczajem na ulubionej trawce za Parlamentem.
Na Oxford Street DZIKIE tlumy. Rzeka ludzi plynie nieprzerwanie po obu stronach ulicy. Wloskie i hiszpanskie wycieczki blokuja ruch skutecznie. Trzeba byc mistrzem zen, zeby nie dostac cholery. Obiad w Hayes, cala dluga podroz do Gravesend. A do pozniej nocy, ogladamy jak SZALONE indie-rockowe teledyski. I nawet udalo sie zwalczyc moja ciemna must-have-my-own-bed strone i yssy nie wyladowala na podlodze;)
Niedziela: Southampton
Wiec najpierw sie okazuje, ze bilety mamy nie na ta godzine co chcialysmy, pozniej sie okazuje, ze nie mamy jak dojechac do Londynu o tej porze. Obmyslamy plan B, ale pociagi z Gravesend nie chca wspolpracowac. I trzeba w dodatku jechac na Victorie, jesli-chcesz-spotkac-brudnego-nie-umiejacego-ani-slowa-po-angielsku-Polaka stacje. Co jest troche trauma.
Ale do Southampton docieramy cale i zdrowe, szybkim, klimatyzowanym autobusem, o dziwo nawet bez rodakow.
Na dworcu Janusz, ktory wyglada jak mlody Bachus, czy inne letnie bostwo. Czupryna mu rozjasniala, kolor skory Poludniowca;) Zrobilo nam sie z Januszka wesole, sloneczne chlopie, prosto z Kalifornii;) Southampton nie jest jakims wysnionym miastem. Polnocna czesc jest ladna, sypialniana, przypomina mi Brighton. Centrum puste, dosc dziwne. No i nie ma plazy, tylko gigantyczny port. Ale tak sie jakos sklada, ze nam nie sa wybitnie potrzebne miastowe atrakcje. Jest sielsko i dobrze, bo juz od dawna mam wrazenie, ze ja plus yssy plus Janusz = feels like home.
Zreszta tutaj
dokladniejsza relacja.
A pozniej wracamy National Express, ktory od wczoraj daze miloscia. Oprocz calkowicie zgodnego z reklama *friends reunited* NE oferuje dobry film, oraz pana kierowce-superbohatera. Ktory uczy niegrzecznych chlopcow spuszczania wody w toalecie, wstrzymuje kursy do Szkocji i Liverpoolu, zeby ludzie, ktorzy z nim jada mieli jak wrocic, wyglada jak koles z kreskowki i uzywa moich ulubionych slowek takich jak mate, lad czy recon.
Dobry weekend, dobry weekend.
Link 27.07.2005 :: 15:56
Komentuj (10)Mini wakacje byly. Wszyscy pojechali do Cieszyna, a ja do Londynu. Na weekend i na dwa dni urlopu. Bo wyobrazcie sobie, ze mi tutaj nawet platny urlop przysluguje:)
Cztery dni spedzone w towarzystwie moich ukochanych. Yssia i Janusz odbieraja z dworca w piatkowy wieczor. Pierwszy raz, od poczatku mojego pobytu tutaj, czuje sie naprawde wakacyjnie. Londyn funkcjonuje bez zastrzezen mimo wydarzen czwartkowych, wszystko w porzadku, policjanci co prawda chodza z karabinami na wierzchu. Pociagi maja czasami kilkanascie minut opoznienia, ale to tyle. Na ulicach paniki nie zaobserwowano.
Po drodze do Kasinego domu kupujemy wino marki Tesco, ktore staje sie glowna atrakcja wieczoru.
Plan jest generalnie taki, zeby pokazac jak najwiecej Januszowi. W sobote jedziemy do Chelsea. Kupuje sobie upragniona torebke w ksztalcie chlebaka w Oasis. Dojezdzamy do Westminster, Janusz pokrzykuje z radosci na widok Big Bena;) Dlugi spacer wzdluz rzeki do Tate Modern. Lenienimy sie przed, lezac na trawie i ogladajac ladnych chlopcow w sweterkach. Janusz zachwycony budynkiem, ja zachwycona jedna ekspozycja, na ktorej Pan Artysta przedstawil rzeczy wykopane podczas jego poszukiwan artystycznych z Tamizy i wszystkie poukladal w pieknej gigantycznej szafie.
Wieczorem londynski klabing, pierwszy dla kazdego z nas, dla yssy i Janusza dodatkowo pierwszy angielski w ogole. Dlugo wybieramy gdzie mamy isc, w Londynie w ciagu tygodnia jest trzydziesci siedem (37!!!) imprez indie-rockowych. W koncu wybieramy Collide-A-Scope w Macadam Building, czesci King's College (London University). Klub reklamuje impreze indie-rockowymi brzmieniami granymi przez najpopularniejszych djow, oraz widokiem na centrum Londynu i rzeke, poniewaz znajduje sie na 6tym pietrze. Widoki rzeczywiscie sa, ale jeszcze stojac w kolejce do klubu, przekonujemy sie, ze wybor miejsca studeckiego nie byl specjalnie trafny, bo wszyscy sie znaja. Pozniej okazuje sie, ze nie potrafimy obslugiwac windy, ktora ma nas zawiezc na gore, do klubu. Nie potrafia rowniez Anglicy, ktorzy poczatkowo smieja sie z nas, ze siedzimy w niej od kilku godzin i urzadzamy alternatywne party. Jak juz docieramy okazuje sie, ze muzyka jednak zacna, mnostwo indie-rockowych hitow, albo staroci. Mnostwo tez rzeczy, ktore slysze pierwszy raz w zyciu, a na ktore mlodzi Angole reaguja euforycznymi spazmami. I nie sa to bynajmniej rzeczy z okresu The Smiths czy The Clash. Ja rozrekcic sie nie moge mimo, nie ma to jednak jak indiepopnight. Mlodzi Londynczycy zdecydowanie mniej wylewni niz mieszkancy Brighton, ale za to wystylizowani czasami do granic mozliwosci. Doznanie ciekawe. I widok rzeczywiscie imponujacy. Nawet mi Toma Ve(c)ka zagrali, ktorego chyba nikt nie zna poza mna;) Po imprezie spacerujemy po nocnym Londynie, wszedzie spokoj i cisza, jak pijanstwo to tylko w wydaniu mlodych, angielskich, eleganckich Panow. Na Paddingtton okazuje sie, ze pociag, ktorym mielismy wracac do domu, to pociag widmo i na nastepny musimy czekac godzine. Zasypiamy z Januszem na podlodze dworca, Kasia pilnuje czasu i tego, zeby nas nikt nie okradl klnac siarczyscie pod nosem, ze akurat na nia padlo.
W niedziele odsypiamy i obijamy sie strasznie. Wieczorny spacer po Covent Garden, Trafalgar, Piccadilly i Leicester Square. Na ulicach tlumy, pogoda sliczna, uroczo.
Od poniedzialku powazne zwiedzanie. Kasia idzie podbijac pracodawcow angielskich, a my z Januszem Do British Museum, Green Parku i National. W National w mojej ulubionej czesci, tam gdzie impresjonisci, znam kazdy obraz na pamiec, ale tak czy siak troche sie wzruszam. Janusza ciagnie do Virgin of the Rocks da Viniciego, przy ktorym wyglasza mi spiskowa teorie Dana Browna. Wieczorem probuje przekonac moich kompanow do L word, skutkiem czego Janusz zasypia jak dziecko. Nastepnego dnia Victoria and Albert, gdzie przezywam male zalamanie nerwowe, bo okazuje sie, ze moja ukochana wielka trojanska kolumna, ktora myslalam, ze Angole zrabowali i przywiezli na statku, to poprostu reprodukcja z gipsu. Brawo Panno Aster, nie ma to jak dokladne czytanie opisow pod eksponatami. Musialam pojechac z Januszem, zeby sie dowiedziec. Pozniej Tower i Tower Bridge i piekne Doki Swietej Katarzyny, ktore zachwycaja tak samo za kazdym razem. Nastepnie Hyde Park, w zdecydowanie za malej dawce, ograniczonej zmeczeniem i pogoda. Do Gravesend przyjezdzam pozno w nocy, mrzy, paskudna pogoda. Ulice calkowicie puste.
W nocy marzne, budze sie dlugo przed budzkiem. gravesendzkie lozko niewygodne. Nie cierpie wstawania o 7mej, za oknem szaro i mokro. Jest mi smutno. A od przyszlego tygodnia zostane najprawdopodobniej sama w Albionie. Wiec bedzie mi jeszcze bardzo samotnie.
No ale dzis dostalam pierwsza wyplate, humor sie troche poprawil;)) Jade na zakupy odrazu po pracy, moze se znajde jakies indie-rockowe trampki, a co!;)