astarte at ownlog '06


Link 05.05.2007 :: 01:01 Komentuj (9)
Zrobiłam rachunek sumienia i zasiadłam do wypisywania, co też się u mnie działo przez ostatnie dwa miesiące. I mimo postanowienia ograniczania eventów, siedzenia w domu, uczenia się do magisterski i oszczędzania, co oprócz potrzeby skończenia kiedyś studiów, było podyktowane tragiczną wręcz ostatnio sytuacją finansową, to wychodzi mi z tego ciąg od knajpy do knajpy i od filmu do filmu. Dobrze, że te drugie chociaż darmowe. Dużo zwykłych spotkań, ale też kilka takich, które układają się w słodkie pocztówki, wśród, których trochę nowych widoków.
Z tych najmilszych:
* piątkowy wieczór pod koniec marca, kiedy najpierw leniwe piwo z męską częścią Mickiewicza crew w Pawilonach, a później jadłodajnia na mała chwilkę tylko z Katarzyną. A tam dużo anglojęzycznych, przemiłych chłopców. Dobra muzyka, tańce i uśmiechy.
* Szalona impreza bardzo w stylu higschoolowym jeden dzień później, kiedy to Paweł wpadł na weekend. Najpierw cudny koncert, bo to Times New Roman, później dzikie tańce do przebojów naszej wczesnej podstawówki, poważne rozmowy przed lokalem, depresyjne chwile i znowu szaleństwo. Zakończone nad ranem alkoholem w melinie na Kruczej. Z dzikich ekscesów: tańce na barze i Paweł w niebieskich koralach. I zabawne zdjęcia, jakie mamy z tego wieczoru.
* Podmiejska wycieczka, na jaką wybrałyśmy się z Katarzyną do Płocka. Zachwycające miasto, pięknie jak z bajki. Dużo STARYCH budynków, przepiękne muzeum secesji, obiad w klasa restauracji w cenach zdecydowanie warszawskich, wystawianie buzi do słońca i rysunki Twożywa rozrzucone po mieście. A perfect day.
* Urodziny Kazi i jej szanownego brata w Apstersie. Z czego głównie: świeczki w oczach podczas oglądania pierścionka zaręczynowego, rozmowy o BRANŻY z Ajszą, dobry hip hopowy flow z Martą i dzikie tańce, kiedy już wszyscy byli w fazie schyłkowej. A fun fact: chłopcy z dobrych domów zawsze zachowują się bardzo elegancko, nawet jak są na skraju przepojenia alkoholowego.
* Czwarteczek to mała sobotka w wykonaniu dawnego Balladyny Teamu. Szwędanie się po mieście plus galopada dziwnych skojarzeń, głupich tekstów i zbiorowe chichranie się jak norki. Zakończone wsłuchiwaniem się w nową płytę LCD Soundysystem sponsored by uroczy panowie z Orange’u.
* Tour po lumpeksach z Januniem i Folk Gospoda plus Złote Tarasy. Bardzo urocza i słoneczna sobota.
* Impreza urodzinowa Agentki połączona z party pożegnalnym lokalu na Grottgera. I to cudowne uczucie, że mam najlepszych znajomych na świecie, którzy potrafią się zawsze bawić. Jak wysiądzie sprzęt to zaśpiewają, do wszystkiego zatańczą i będą pić na umór ;-) Ślicznie wyglądająca Aga i oczywiście moja osobista gwiazda Ana. Tańce do vinyla- checked, tańce i darcie mordy w kuchni- checked, upicie się do nieprzytomności plus dobicie przez Pana Gospodarza nad samym ranem- checked. Z tego miejsca pragnę pozdrowić Bartka, któremu zgotowaliśmy piękny pisk powitalny i który jest SUPER Bartosz, nie pisk). A ja miałam ładne loki, o.
* Cały ostatni weekend, podczas którego do Warszawy zawitała moja nowa ulubiona dwuosobowa bydgoska ekipa. Czwartkowe odbieranie z dworca, piątkowe ognisko na Tarchominie (yeah, you’ve heard me). Cała wyprawa tam, podczas której miałam ochotę się rozpłakać, że tak daleko to ja jeszcze nigdy nie byłam, później jeszcze chaszcze, ładny widok nad Wisłą i wracanie nad ranem. Jedna z najgorszych rozmów, jakie przeprowadziłam w życiu, z której jasno wynika, że złego diabli nie biorą, niestety. Ale rozmowa potrzebna i szkoda, że tak późno przeprowadzona. Wszystko zaczęło się w końcu składać w jedna, sensowną całość, szkoda, że taką. Na uspokojenie poranne piwo na praskim krawężniku za rogiem od Wschodniego. Tyle w tej kwestii.
Skaryszak z Kasią i Wojtkiem, leniwie i miło, popołudnie i wódka z Pawłem i Tomkiem, sesja zdjęciowa chłopców w moich bluzach, 55 i Sorry, Ghettoblaster, gdzie Janek po raz kolejny udowadnia status muzycznego przemistrza. Niedzielny koncert April w Aurorze.
* Dziewczęta świętują majówkę, czyli trio w wykonaniu moim, Katarzyny i Pauli. Spacer po pięknym Żoliborzu, z rozmowami o literatach dwudziestolecia, oglądanie koncertu Gorillaz i QI, trzy wińska i wyśpiewywanie piosenki z czołówki z VM z zupełnie nową interpretacją w noc ciemną. Oraz pijackie tańce, i Pauli bakająca w pewnym momencie „nadszedł czas na taksówkę”.
* Duża radość z tego, że dotychczasowe lektury do magisterki mają na razie zerowy nuda factor.

Awkward moments:
* mogę jeść tylko warzywa!
* Bored Teenangers w CDQ i konstatacja, że ja już jestem chyba na to wszystko za stara, albo za TWARDA, chwilę po tym jak zobaczyłam POGO w wykonaniu indie młodzieży.
* Nic Cię nie zabije tak jak własna naiwność zią.

Tyle porachunków osobistych i towarzyskich. Została mi jeszcze pop kultura.

Jutro się zaczynają Żydzi, więc roboty będzie w brud. A przed chwila widziałam Spidermana. DOBRY!

Na przyjemne zakończenie:
takie covery to ja bardzo chętnie! Pokazane przez Pauli:




Link 10.05.2007 :: 15:41 Komentuj (9)
(ku pamięci)
Żydowskie Motywy okazały się w tym roku dobre jak chleb (kopirajt by nix). Wczoraj "Ostatni bojownicy", a na sali Edelman i kilkuminutowa owacja na stojąco. A ja się oczywiście spłakałam jak głupia.
Z dokonań wczorajaszych z cyklu Ordung muss sein: wstałam rano (!), poszłam na wf (!), praca, plan filmowy "Wszystko", wywiad z miłym chłopcem, co gra główną rolę (plus okazuje się, że PRowiec filmu, to moja serdeczna koleżanka, z którą razem pracowałyśmy przy Jutrze Filmu), fryzjer, przypadkowy obiad z męską częścią Mickiewicza crew, reszta dnia na festiwalu, pisanie tekstu. Jestem takim przykładnym dziennikarzem.

A jutro zaczynam relację z Doc Review.

Do poczytania:
wczoraj
Więcej niż 1000 słów
rozpoczęcie

apdejt:
Żydy na sam koniec doprowadziły mnie do opadu rąk, bo nie dość, że zamieszanie z zakończeniem, to jeszcze ostatni film, który dane mi było obejrzeć był kupą z jakością obrazu vhs '90. Doc Review na razie mnie irytuje, bo ciągle trafiam na dzikie tumy, gorąco, śmierdzi i są CIĄGŁE opóźnienia. Na razie za mną "Ja więzień albo jak chciałem zabić Tony Blaira" z którego to mam przypinkę z hasłem FREE IRAQ!, nudnawy dokument o Norwegii (chociaż o rybie śpiewali super), film o jodłowaniu, z którego wyszłam i żałuje. I ZAJEBISTE "37 zastosowań martwej owcy". o pamirskich Kirgizach. Tak, WIEM, jak to brzmi, ale dokument jest fajnie zrobiony, zabawny i jestem zachwycona. Z innych newsów: nigdy więcej Jean Kupy Davida, okazało się oczywiście, że fryzjerka zrobiła mi grzeczną sekretarę na głownie, ale nauczyłam się już opanowywać sytuację. A przez ostatnie dni zostałam tytanem pracy (nowy film Stuhra, Wszystko, Doc Review). A w moim osiedlowym sklepie tesco otworzyli klub nocny, I kid you not. Zwie się voo doo.

Załóż bloga

Archiwum

2008
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl