astarte at ownlog '06


Link 27.07.2005 :: 15:56 Komentuj (10)
Mini wakacje byly. Wszyscy pojechali do Cieszyna, a ja do Londynu. Na weekend i na dwa dni urlopu. Bo wyobrazcie sobie, ze mi tutaj nawet platny urlop przysluguje:)
Cztery dni spedzone w towarzystwie moich ukochanych. Yssia i Janusz odbieraja z dworca w piatkowy wieczor. Pierwszy raz, od poczatku mojego pobytu tutaj, czuje sie naprawde wakacyjnie. Londyn funkcjonuje bez zastrzezen mimo wydarzen czwartkowych, wszystko w porzadku, policjanci co prawda chodza z karabinami na wierzchu. Pociagi maja czasami kilkanascie minut opoznienia, ale to tyle. Na ulicach paniki nie zaobserwowano.
Po drodze do Kasinego domu kupujemy wino marki Tesco, ktore staje sie glowna atrakcja wieczoru.
Plan jest generalnie taki, zeby pokazac jak najwiecej Januszowi. W sobote jedziemy do Chelsea. Kupuje sobie upragniona torebke w ksztalcie chlebaka w Oasis. Dojezdzamy do Westminster, Janusz pokrzykuje z radosci na widok Big Bena;) Dlugi spacer wzdluz rzeki do Tate Modern. Lenienimy sie przed, lezac na trawie i ogladajac ladnych chlopcow w sweterkach. Janusz zachwycony budynkiem, ja zachwycona jedna ekspozycja, na ktorej Pan Artysta przedstawil rzeczy wykopane podczas jego poszukiwan artystycznych z Tamizy i wszystkie poukladal w pieknej gigantycznej szafie.
Wieczorem londynski klabing, pierwszy dla kazdego z nas, dla yssy i Janusza dodatkowo pierwszy angielski w ogole. Dlugo wybieramy gdzie mamy isc, w Londynie w ciagu tygodnia jest trzydziesci siedem (37!!!) imprez indie-rockowych. W koncu wybieramy Collide-A-Scope w Macadam Building, czesci King's College (London University). Klub reklamuje impreze indie-rockowymi brzmieniami granymi przez najpopularniejszych djow, oraz widokiem na centrum Londynu i rzeke, poniewaz znajduje sie na 6tym pietrze. Widoki rzeczywiscie sa, ale jeszcze stojac w kolejce do klubu, przekonujemy sie, ze wybor miejsca studeckiego nie byl specjalnie trafny, bo wszyscy sie znaja. Pozniej okazuje sie, ze nie potrafimy obslugiwac windy, ktora ma nas zawiezc na gore, do klubu. Nie potrafia rowniez Anglicy, ktorzy poczatkowo smieja sie z nas, ze siedzimy w niej od kilku godzin i urzadzamy alternatywne party. Jak juz docieramy okazuje sie, ze muzyka jednak zacna, mnostwo indie-rockowych hitow, albo staroci. Mnostwo tez rzeczy, ktore slysze pierwszy raz w zyciu, a na ktore mlodzi Angole reaguja euforycznymi spazmami. I nie sa to bynajmniej rzeczy z okresu The Smiths czy The Clash. Ja rozrekcic sie nie moge mimo, nie ma to jednak jak indiepopnight. Mlodzi Londynczycy zdecydowanie mniej wylewni niz mieszkancy Brighton, ale za to wystylizowani czasami do granic mozliwosci. Doznanie ciekawe. I widok rzeczywiscie imponujacy. Nawet mi Toma Ve(c)ka zagrali, ktorego chyba nikt nie zna poza mna;) Po imprezie spacerujemy po nocnym Londynie, wszedzie spokoj i cisza, jak pijanstwo to tylko w wydaniu mlodych, angielskich, eleganckich Panow. Na Paddingtton okazuje sie, ze pociag, ktorym mielismy wracac do domu, to pociag widmo i na nastepny musimy czekac godzine. Zasypiamy z Januszem na podlodze dworca, Kasia pilnuje czasu i tego, zeby nas nikt nie okradl klnac siarczyscie pod nosem, ze akurat na nia padlo.
W niedziele odsypiamy i obijamy sie strasznie. Wieczorny spacer po Covent Garden, Trafalgar, Piccadilly i Leicester Square. Na ulicach tlumy, pogoda sliczna, uroczo.

Od poniedzialku powazne zwiedzanie. Kasia idzie podbijac pracodawcow angielskich, a my z Januszem Do British Museum, Green Parku i National. W National w mojej ulubionej czesci, tam gdzie impresjonisci, znam kazdy obraz na pamiec, ale tak czy siak troche sie wzruszam. Janusza ciagnie do Virgin of the Rocks da Viniciego, przy ktorym wyglasza mi spiskowa teorie Dana Browna. Wieczorem probuje przekonac moich kompanow do L word, skutkiem czego Janusz zasypia jak dziecko. Nastepnego dnia Victoria and Albert, gdzie przezywam male zalamanie nerwowe, bo okazuje sie, ze moja ukochana wielka trojanska kolumna, ktora myslalam, ze Angole zrabowali i przywiezli na statku, to poprostu reprodukcja z gipsu. Brawo Panno Aster, nie ma to jak dokladne czytanie opisow pod eksponatami. Musialam pojechac z Januszem, zeby sie dowiedziec. Pozniej Tower i Tower Bridge i piekne Doki Swietej Katarzyny, ktore zachwycaja tak samo za kazdym razem. Nastepnie Hyde Park, w zdecydowanie za malej dawce, ograniczonej zmeczeniem i pogoda. Do Gravesend przyjezdzam pozno w nocy, mrzy, paskudna pogoda. Ulice calkowicie puste.
W nocy marzne, budze sie dlugo przed budzkiem. gravesendzkie lozko niewygodne. Nie cierpie wstawania o 7mej, za oknem szaro i mokro. Jest mi smutno. A od przyszlego tygodnia zostane najprawdopodobniej sama w Albionie. Wiec bedzie mi jeszcze bardzo samotnie.

No ale dzis dostalam pierwsza wyplate, humor sie troche poprawil;)) Jade na zakupy odrazu po pracy, moze se znajde jakies indie-rockowe trampki, a co!;)



Załóż bloga

Archiwum

2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl