Link 18.07.2005 :: 15:13
Komentuj (17)Sobota: Londyn
Lazimy z yssy po Chelsea, gdzie domy piekne, elegancko wszedzie. Odkrywam nowa obsesje na torbe-chlebak, ktora juz kiedys chyba we mnie drzemala. W sklepach zenua jakas straszna, wszedzie dokladnie to samo, nic nie zachwyca. Wszedzie hippie-etno look promowany, trafiaja do mnie troszke akcesoria spod tego typu, ale takie bardziej neutralne, niz te spod znaku Afryka Dzika. Wszedzie kapiace od cekinow, koronek, halek, koralikow rzeczy niby bardzo naturalne, niekiedy tez *Witamy na Dzikim Zachodzie*. Duzo slabizny, wszyscy chodza ubrani tak samo. Oczy nie bola tylko od ogladania nowych kolekcji (modowe przemyslenia: copywrite: yssy,ja i Janusz). Nici z kowbojek jednak. W prywatnym konkursie na najlepszy sklep leb w leb ida: Oasis, MissSelfridge i Warehouse.
W koncu trafiamy z yssy do Hyde Parku, a nie Green Parku, wloczymy sie po miescie, lunch utartym zwyczajem na ulubionej trawce za Parlamentem.
Na Oxford Street DZIKIE tlumy. Rzeka ludzi plynie nieprzerwanie po obu stronach ulicy. Wloskie i hiszpanskie wycieczki blokuja ruch skutecznie. Trzeba byc mistrzem zen, zeby nie dostac cholery. Obiad w Hayes, cala dluga podroz do Gravesend. A do pozniej nocy, ogladamy jak SZALONE indie-rockowe teledyski. I nawet udalo sie zwalczyc moja ciemna must-have-my-own-bed strone i yssy nie wyladowala na podlodze;)
Niedziela: Southampton
Wiec najpierw sie okazuje, ze bilety mamy nie na ta godzine co chcialysmy, pozniej sie okazuje, ze nie mamy jak dojechac do Londynu o tej porze. Obmyslamy plan B, ale pociagi z Gravesend nie chca wspolpracowac. I trzeba w dodatku jechac na Victorie, jesli-chcesz-spotkac-brudnego-nie-umiejacego-ani-slowa-po-angielsku-Polaka stacje. Co jest troche trauma.
Ale do Southampton docieramy cale i zdrowe, szybkim, klimatyzowanym autobusem, o dziwo nawet bez rodakow.
Na dworcu Janusz, ktory wyglada jak mlody Bachus, czy inne letnie bostwo. Czupryna mu rozjasniala, kolor skory Poludniowca;) Zrobilo nam sie z Januszka wesole, sloneczne chlopie, prosto z Kalifornii;) Southampton nie jest jakims wysnionym miastem. Polnocna czesc jest ladna, sypialniana, przypomina mi Brighton. Centrum puste, dosc dziwne. No i nie ma plazy, tylko gigantyczny port. Ale tak sie jakos sklada, ze nam nie sa wybitnie potrzebne miastowe atrakcje. Jest sielsko i dobrze, bo juz od dawna mam wrazenie, ze ja plus yssy plus Janusz = feels like home.
Zreszta tutaj
dokladniejsza relacja.
A pozniej wracamy National Express, ktory od wczoraj daze miloscia. Oprocz calkowicie zgodnego z reklama *friends reunited* NE oferuje dobry film, oraz pana kierowce-superbohatera. Ktory uczy niegrzecznych chlopcow spuszczania wody w toalecie, wstrzymuje kursy do Szkocji i Liverpoolu, zeby ludzie, ktorzy z nim jada mieli jak wrocic, wyglada jak koles z kreskowki i uzywa moich ulubionych slowek takich jak mate, lad czy recon.
Dobry weekend, dobry weekend.