Link 05.04.2005 :: 10:43
Komentuj (0)Mądrzesi na temat, z którym boryka się cała Polska od soboty.
1
2
3
Ja nie potrafię.
Link 05.04.2005 :: 10:57
Komentuj (1)Wczoraj na akademii filmy propagandowe III Rzeszy. 120 minut Hitlera podczas
"Triumfu woli". Jestem zła, smutna, samotna. Chce mi się wyć jak oglądam to na ekranie. Chce kląć i wyzywać jak słyszę za sobą dwie rozkoszne dziewuszki, które przyszły poplotkować i pochrupać do kina.
Za dużo rzeczy mnie irytuje, nadal za bardzo wierzę we wszechobowiązujące ZASADY.
Pewnikiem umrę młodo ze złości. Lub z żałości. Albo z samotności.
Do upragnionej historii przejdę jako pierwszy taki przypadek w dziejach;)
Link 05.04.2005 :: 11:04
Komentuj (12)Ina (4-04-2005 14:55)
wiesz, jak dla mnie rzadzi to Kirsten Dunst np
Ina (4-04-2005 14:55)
a nie Angelina Jolie
Pozornie błaha uwaga na temat aktorek. A tak wiele za sobą kryje.
Link 14.04.2005 :: 15:20
Komentuj (4)Przez następne trzy dni mnie nie ma dla nikogo. Oprócz biorących udział w poniższych eventach.
Dziś pomagamy z Kasią zająć się grupą kopenhaskich wolontariuszy. Jutro rano odbieram z dworca młodego reżysera niemieckiego o swoisko brzmiącym nazwisku Preisner i zawożę go do hotelu. O 17 zaczyna się
festiwal, przy którym zostałam zapowiadaczem-tłumaczem. Czyli co dwie godziny bedę latać na scenę i powtarzać po szefowej co teraz zobaczymy. Wieczorem kazia ukochana ma urodziny. W sobotę od rana festiwal, odebranie Angola z lotniska. Wieczorem impreza z twórcami i u znajomych Kasi pod wezwaniem "w co byś się nigdy nie ubrał". W niedzielę mamy galę z ogłoszeniem zwycięscy konkursu, którą ja tłumaczę. A wcześniej zajmuje się bileterią. Gdzieś po drodze jest rocznica kidsów w Czułym, a wieczorem imieniny Iny w Balsamie.
Aaaa, jak ja uwielbiam taki rush:]
A poza tym zapraszam na Jutro Filmów, naprawdę ciekawe rzeczy będą. Mnóstwo świetnych filmów z całego świata: Szwecji, Niemiec, Portugalii, Anglii, Brazylii i Gruzji. Czyli widzimy się w ten weekend w kinie Luna, dobra?
Link 18.04.2005 :: 16:59
Komentuj (10)And awards for this weekend go to:
- Suat- operator filmowy z Nowego Jorku
- Martin- najprzystojnieszy reżyser filmowy tego festiwalu, prosto z Birmingham
- Artur- młody polski zdolny, co uczy się i kręci filmy w NY
- Anca- rumuńska reżyserka mieszkająca w Niemczech
- Anna- za kolczyki, na które ludzie na całym świecie zwracają uwagę. No może oprócz jej rodzinnego Buffalo.
w kategorii opowieść festiwalu: dla Sluta, za anegdotkę o Andrzeju Sekule, który upuszcza kamerę.
w kategorii pomyłka językowa: wyróżnienie dla mnie samej za tysiąc błędów w tłumaczeniu. Grand prix dla yssy, za semen zamiast salmon jako składnik kanapki w restauracji.
A przygód podczas festiwalu mieliśmy bez liku. Cały czas coś się psuło, akurat Ci twórcy, którzy dostali nagrody nie byli obecni, drugiego dnia festiwalu przy wejściu na salę kinową oczom pierwszych widzów ukazał się szczur chcący wydostać się z sali kinowej. Zgubiliśmy tez jednego reżysera ca Centralnym, ja nie wiedziałam jak trafić do hotelu, do którego miałam odwieźć Niemców. Moje zdecydowanie ulubione to: niezgranie podpisów na filmach hiszpańskich z time codami, czyli napisy zupełnie nieadekwatne zupełnie do tego co dzieje się na ekranie. A kiedy w hiszpańskim horrorze morderca w brutalny sposó zajmował się kobietą napis brzmiał: "och, jak tu dużo kurzu. Czy moge posprzątać?".
No ale wszyscy przeżyliśmy ostatecznie, mimo pracy po 14 godzin na dobę, późniejszego imprezowania i totalnego braku snu. Ja byłam bliska śmierci kiedy tłumaczyłam ogłoszenie wyników przez jury z ich wytłumaczeniami dlaczego taki a nie inny film i wskazówkami co do sposobów reżyserowania. Sympatyczni panowie (Pietrasik, Wert, Majewski, Zaorski) perorowali w taki sposób, żeby przypadkiem nie było łatwiej tłumaczyć. Ale ostatecznie dałam radę.
W dodatku grand prix konkursu niezależnego zdobył mój ulubiony film (szwedzkie Summer clouds), więc generalnie nie pozostaje mi nic innego, jak szybkie zostanie krytykiem filmowym. Taki to ja mam wyrafinowany gust drodzy Państwo.
I mimo notorycznego padania na pysk ze zmęczenia w sobotę zrobiliśmy tour de Warsaw, a wieczorem upiliśmy się egzotycznymi drinkami, które Sluat postanowił rozpropagować. A w niedzielę pojechaliśmy prawie wszyscy festiwalową ekipą do Balsami ucałowac imieninowo Inę. Gdzie tańce były, bo muzyka genialna w wykonaniu obu djów. A filmowcy zachwyceni fortami robili zdjęcia i czytali mroczne, niemieckie napisy z klubowych ścian.
No i było cudownie. I dawno nie poznałam tylu cudownych ludzi. I pierwszy raz w swoim życiu chcę jechać do Stanów.
Niech żyją festiwale i młodzi twórcy z całego świata. Amen!
Link 24.04.2005 :: 18:41
Komentuj (12)Ach, robaczki moje kochane, już piszę, bo widzę, że coś sie doczekać nie możecie.
Więc refleksje okołomuzyczne na dobry początek będą.
Bo kilka tygodni temu wzięłam i zabrałam Szymonowi płytę The Rapture "Echos". I z miejsca mi The Rapture wskoczyło na bardzo wysoką półkę. Bo jest na tym albumie wszystko co w muzyce mi się podoba. Jest histeryczny, rockowy głos. Jest pianino w tle, a dobre pianino w piosenkach okołorockowych jest błogosławieństwem. I gdy tylko zaczyna się płyta a Luke Jenner drze się "I called you on the telephone cause I was lonely" to ciarki lecą po plecach, a później noga sama zaczyna przytupywać. Dla mnie bezdyskusyjnie najlepszym numerem jest "Heaven", które ma w sobie genialnego rockowego pazura (say what?), precyzję marszu i cudowną histerię. Do tej pory jestem jakby deczko zdziwiona faktem, że panowie są ze Stanów, a nie z Wysp. Wskakują mi The Echos na półkę ulubione. Ostatnio tak chyba z The Killers było. Ale fakt faktem, że The Killers jacyś tacy przy nich ugrzecznieni i spokojni, mimo, że albumy jakoś tam podobne gatunkowo.
Drugą płytą, którą ostatnio trochem zachwycona jest "The world is saved" Stiny Nordenstam. Stinę kojarzę ni mniej ni więcej, ale od momentu kiedy usłyszałam po raz pierwszy scieżkę dźwiękową z Romea i Julii Luhramanna, a będzie to niezły kawał czasu, bo jakieś lat osiem. Wypiskała tam ślicznie Little Star i więcej ja jej od tamtego czasu nie słyszałam. A kilka miesięcy temu AO nam serwowała ulubione kawałki swoje. I również Winter Killing poleciało. A że ja uwielbiam jak ao opowiada o muzyce plus jak śpiewa, a oprócz tego wieczór uroczy był, Marta w Warszawie. Skojarzeniami lecąc już na samym wstępie lubiłam bardzo World is saved. Bo ciepła i śliczna ta płyta (przynajmniej muzycznie).
A lecąc obrazkami z ostatniego tygodnia to znowu w repertuarze były Sielce, była Ina kawiarniano i w roli top shelf style advisor;) Cudne mejle zza oceanu, dużo kina (cierpliwość do złych filmów się kończy, angielskie filmy wojenne na AF, Luna, na widok której doznaję wzruszeń; dobre nawalanki zawsze w cenie, czyli woha, podobała mi się troszkę Dzielnica 13ta). Było też szukanie pracy, które jest jednak drogą przez mękę w tym mieście. Dzień próbny w jednym z najbardziej obciachowych miejsc na świecie, obrzeranie się warzywami z yssy i oglądanie "Pianistki" (nah, won`t say a word about this movie). I pofestiwalone, solidnie zakrapiane spotkanie na Siennej.
Czyli, ogólnie rzecz biorąc CAŁKIEM W PORZO;)
Link 29.04.2005 :: 19:03
Komentuj (7)Tydzień był całkiem dobry, choć zaczął się potwornie. Bo tak się składa, że nie cierpię poniadziałków. Poniadziałki mają być początkiem nowego, pracowitego, kreatywnego. A nigdy nie są. Zawsze w poniadziałek się rozleniwiam, po czym okazuje się, że już na wszystko za późno, więc lecę, śpieszę się, złoszczę, pocę, spóźniam, kluczę, tłumaczę. Więc ten był typowym poniedziałkiem, takim jak wszystkie inne. Ale wieczorem miły obrót spraw, bo na Chłodnej wiersze
Marty i występ Mind Kampf. Kto nie był ten trąba. Wtorek jak to wtorek. Wtorek znaczy szkoła, czyli wtorek znaczy zazwyczaj złość. Nie ma chyba rzeczy, której bardziej nie cierpię od swojej szkoły. A we wtorek wieczorem urodziny Zofii, co zdecydownie powinno zostać uwiecznione na jakimkolwiek nośniku dla potomnych. Ze tak delikatnie wprowadzę w scenerię:
Duże ładne mieszkanie, w pseudoekskluzywnej części miasta, przygaszone światło, głośna muzyka. W środku oprócz dużej ilości alkoholu i jedzenia:
Para pierwsza: Magda i Tomek- mieszkają razem, są ze sobą od roku
Para druga: Zofia i Piotr, wielka nowa miłość, praktycznie ze sobą mieszkają, ostatnio kupili sobie wspólnego psa.
Para trzecia: Helena i Michał, Michał ostatnio oświadczyl się Helenie.
Para czwarta: Basia i jej MĄŻ- wystarczy jak powiem, że przyszli z SWOIM dzieckiem.
Para piąta: Olga i Paweł- to samo co u Zosi i Piotra, tylko bez psa.
Ha. Oprócz tego byłam ja, yssy i kilku jeszcze niedobitków.
Dziwna podróż wgłąb galaktyki, w której nie chcę się zbyt często pojawiać (powinnam każdego dnia składać modły dziękczynne, że nie zachowuje się jak przerysowana bohaterka serialu z tvn siedem oraz czułam się raczej jak małpa w zoo). Oprócz zgrzytów światopoglądowych i lifestylowych poszło jak z płatka. Czyli robiłam za gwiazdę (ooo, Astaire pracuje tak dużo, ostatnio w radiu, powitajcie ją wszyscy bardzo serdecznie) oraz za doskonałą przyjaciółkę. Fajny prezent kupiłam i nawet ciasto upiekłam. Stały numer generalnie.
Poza tym w normie, dziękuję. Dużo śpię, dużo czytam, dużo słucham. Trochę mi smutno, że nie pracuje, bo to przyzwyczajenie jest jednak nie do przezwyciężenia. Złożyłam papiery na pierwszą specjalizację. Bardzo byłam sobą zachwycona, że poszło mi tak sprawnie. I że w końcu coś w szkole zrobiłam w terminie.
Liceum przypomina o sobie dość upierdliwie i niesmacznie, Nowy York komunikuje, że trochę tęskni i opowiada niesamowite historie, oraz przesyła nowy scenariusz do OCENY. Poza tym kilka innych miłych rzeczy, ale morda na kłódkę.
Jutro yssy mi ucieka do Kopenhagi na tydzień. Bez yssi jak bez nogi ociupinkę. No ale na weekend przyjeżdza
Ewa i
Marta
A przed chwilą właśnie odkryłam, że urodziłam się tego samego dnia co Tyrmand. Oraz tego samego dnia były pierwsze Oscary i załozono Sankt Petersburg. Czyli moje fascynacje i zboczenia mają metafizyczne podłoże. Nahahaha, straszniem tym podniecona!