astarte at ownlog '06


Link 13.02.2007 :: 19:28 Komentuj (6)
(z cyklu *tyle do napisania, a czasu i miejsca ciągle niet*)

Dziwny film dziś widziałam- "Tuż po weselu". Historia dokładnie taka jak w przypadku "Rozstania i powroty"; jestem świadoma wszystkich jego słabości (a jest ich trochę) a i tak mi się podoba i nie mogę go w ogóle wyrzucić z głowy.
Co do słabości: historia precyzyjnie zerżnięta z "Moje życie beze mnie" (widziałam kilka dni temu, przepiękny film); najpierw fabuła jakoś długo nie może się zawiązać, poźniej film ma pięć zakończeń i nie pozostawia nam żadnego miejsca na interepretacje; wszystko jest męcząco dopowiedziane. No i te pretensjonalne, pseudoartystyczne zbliżenia na oczy i usta. Albo kawałki nosów. Ale może Bier ma jednak wyjatkową zdolność opowiadania o smutnych ludziach. Nie wiem, coś łapie za serce.
No i plus, że to Susanne Bier, ta od "Braci". I że scenarzysta ten sam co "Jabłka Adama".
I wpadłam, przepadłam. Echhh, Mads Mikkelsen.



Z nowości w ciągu ostatniego tygodnia/dwóch:
* jakoś nigdy do mnie nie dotarło, że są u nas bary 24/7. Dzięki Ci Panie za Lemon Bar i zeszłotygodniowy, poniedziałkowy wieczór (noc?) z Mikiem tamże.
* Byłam na squacie punkowym. Jak na prawdziwego punka przystało pojechałam tam TAKSÓWKĄ. Jeden zajebisty koncert, jeden strasznie zły. Wielki napis "wolne domy dla wolnych ludzi". I gdyby nie to, że trzeba było się powstrzymywać do picia, bo jedna opcja toaletowa na dworze, a druga za zasłonką, to było by prawie jak w jadło (czyli jak w domu). W ramach bonusu pierwszy chłopak sceny hc sprawdzający swoją grzywkę przed imprezą w moim ipodzie (lusterka zabrakło).
* Nigdy więcej nie pije z dziennikarzami muzycznymi. To podstępne dziwki;-)
* KasiaBB zrobiła mi najlepszego kurczaka curry. Ona TAK CUDNIE GOTUJE.
* W ciągu tygodnia jechałam trzy razy NOCNYM. Chyba staje się prawdziwym HARDKOROWCEM.
* jedno w Londynie, drugie w Atenach, normalnie tęsknię;-)


Link 26.02.2007 :: 23:02 Komentuj (2)
(79.)

Rany, jak dobrze, że Scorsese w końcu dostał Oskara. Nieważne czy powinnien za ten film, czy nie.



Za każdym razem jak widzę to zdjęcie, to się wzruszam i chce mi się płakać.
No i lowe Helen. No ale to wiadomo.


Link 28.02.2007 :: 17:53 Komentuj (2)
(ostatnio największa fascynacja)

Jonathan Coe. Trafiłam zupełnie przypadkiem, na fali chęci przeczytania czegokolwiek angielskiego. Opis Rotters' Club brzmiał zachęcająco, bo lata 70te, Birmingham, narodziny punk rocka i upadek rocka progresywnego i trzej dorastający chłopcy ze swoimi problemami.

(angielski Bildungsroman)
Pierwsze kilka stron Rotters' Club brzmi tak, jakby tłumacz nie dawał rady i miało się właśnie do czynienia z najbardziej pretensjonalnym angielskim bubkiem dekady, ale nic bardziej mylnego. Coe jest prawdziwym czarodziejem i mistrzem narracji. I oprócz irytującego początku i zakończenia wszystko jest idealne. Postaci i historie wchodzą do głowy i do serca, opanowują myśli i absolutnie nie da się od nich wyzwolić. Coe cały czas zmienia sposoby narracji- czytamy listy, wycinki z prasy, pamiętniki bohaterów, protokoły z zebrań, jest milion retrospekcji i nagłego wybiegania w przyszłość. I ani chwilę nie czuje się, że to tylko od tak, sztuka dla sztuki. Te wszystkie drobne linki i wątki łączą się pięknie, układają i tworzą boską całość. Popular fiction at its best. Jest muzycznie, jest historycznie, jest dokładny opis Wielkiej Brytanii w latach 70tych, jest nostalgia za okresem dorastania. Jest też histerycznie zabawnie, absurdalnie. Jednym z moich ulubionych wątków są listy do gazetki szkolnej od wymyślonego przez młodych redaktorów, Brytola z krwi i kości, odznaczonego medalem Imperium Brytyjskiego, który biada nad kondycją Zjednoczonego Królestwa i lata z bronią za kolonijnym elementem, który coraz częściej pojawia się na ulicach czystej Brytanii.

(hilarious and devastating)
Podobnie, jak w Rotters' Club, Coe prowadzi narrację w "House of sleep". Tylko tutaj trudniej zżyć się z bohaterami, bo to tak naprawdę czwórka ludzi niestabilnych psychicznie, z gigantycznymi problemami, do których trudno zapałać czystą sympatią i o którym czytanie jest trochę bolesne. Ponieważ czytałam w oryginale, to miałam spóźnione reagowanie na dowcipy i rozumienie na podstawowym poziomie fabuły, więc histerycznie zabawnie nie było. To smutna książka, której akcja toczy się powoli, aż nagle wszystko zmienia się o 180 stopni, a czytelnik dostaje po głowie plot twistami, z których niewiele da się przewidzieć. Ostatnie 40 stron martwisz się i boisz jak to wszystko się skończy. I kończy się tak strasznie smutno, ściska za serce okropnie, a też w taki sposób, który by mi nigdy do głowy nie przyszedł.

A dokładnie dwa tygodnie temu Katarzyna przywiozła mi z Anglii "Closed Circle", kontynuację Rotters' Club. A Coe zaczął historię *trzydzieści lat później* od mojej ulubionej bohaterki, która ma fantastyczne i bardzo znajome przemyślenia o życiu. Więc od samego początku się chichotam i ekscytuje.

kawałek Rotters' Club
zapowiedź Closed Cirle (już w kwietniu!)
kilka faktów o pisarzu;-)


Załóż bloga

Archiwum

2008
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl