astarte at ownlog '06


Link 16.11.2005 :: 13:01 Komentuj (6)
Coś ostatnio za bardzo się stresuje, a stresuję się chyba niepotrzebnie. Jakiś gigantyczny natłok obowiązków i ze szkoły i z pracy i rożnych miejsc, którym się poświęcam hobbystycznie. Ale wszystko jest do ogarnięcia. A stresowanie się i histeria, w której osiągam wyżyny wcale nie wpływają specjalnie na JAKOŚĆ mojego działania.
Zaczęłam ostatnio chodzić do szkoły, co jest uczuciem jednak całkiem miłym, bo w szkole nie takie okropne rzeczy, jak na roku III. Oprócz tego nowa specjalizacja, która już nie taka całkiem nowa, ale ze względu na częstotliwość mojego pisania jest jednak WĄTKIEM, który jeszcze nie zaistniał. Tak konkretnie Laboratorium Reportażu, na którym zawracają nam głowę prawdziwi zapaleńcy. Podoba mi się jak jeszcze nigdy i często się wzruszam w związku z powyższym.

W Rzymie było raczej dziwnie, czasami słabo. Miasto przepiękne, ciepło, słońce. Włosi, dokładnie odwrotni niż stereotyp jaki miałam w głowie. Eleganccy, spokojni, zadbani. Co doprowadziło mnie do smutnych refleksji na temat własnej garderoby i jakości (nowe ulubione słowo?) życia. Zwiedzanie z rodziną było tym typem wycieczki, której nie cierpię. Czyli szybkie latanie po najważniejjszych miejscach, niekoniecznie ze świadomością, co oglądam. Poza tym z rodziną przypominaliśmy sobie dokładnie, z mniej więcej 30 sekundową częstotliwością, dlaczego ja wyprowadziłam się z domu i dlaczego im z tego powodu nie jest specjalnie smutno. Najważniejsze zabytki odhaczone, dużo słabych zdjęć zrobionych, wszędzie tłumy ludzi, zdecydowanie większe niż w sierpniowe weekendy na Oxford Street (że się posłużę taką piękną metaforą), co doprowadzało mnie do ataków agresji. Wszędzie czekanie w dwugodzinnych kolejkach. Roman Giertych spotkany w Bazylice Św. Piotra, Monika Olejnik w samolocie włoskich linii lotniczych, gdzie nie wysilają się nawet, żeby Ci powiedzieć dziękuję, albo proszę po angielsku. Zachwycona jestem Trastevere- dzielnicą, w której mieszkaliśmy. Niby bohemy. Bohemy jakoś specjalnie na ulicach widać nie było. Były za to mniej więcej dziesięciolatki, które kradły i paliły papierosy, było mnóstwo kościołów, wielki blok, który wyglądał jak z argentyńskiego filmu o biednych przedmieściach, luksusowe domy zbudowane na prawdziwym rzymskim akwedukcie i dużo palm. Przez część wyjazdu mieszkaliśmy w domu Pielgrzyma Polskiego u sióstr zakonnych, co było dla mnie dość zabawnym folklorem. Wyprowadzając się od siostrzyczek zobaczyłam ojca Hejmo, który stał w ogrodzie i machał do nas serdecznie na pożegnanie, podświetlony od tyłu wschodzącym słońcem. Metafizyka kapie, przysięgam. Przestraszyłam się i uciekłam, bo jednak wierzę prasie. Oprócz Trastevere uwielbiam małe włoskie knajpy wciśnięte w zabytkowe uliczki. I domowe lody sprzedawane w wielkich cukierniach, gdzie masywne lady wyglądają jak z międzywojnia. W kolejce do Muzeów Watykańskich widziałam chłopca swojego życia. Tuż obok Placu Świętego Piotra jest mały polski sklepik z kiełbaskami z Sokołowa i Kubusiami. Kupiłam sobie dwa śliczne szkockie szaliki i ładny kosmetyk. Na fotoblogu zdjęć kilka.



Link 27.11.2005 :: 17:05 Komentuj (2)
a wczoraj:




Link 29.11.2005 :: 23:00 Komentuj (11)
* Od zeszłego tygodnia mam między zębami, w okolicy czwórek i piątek, niebieskie gumki. Jutro kolejny element skomplikowanego procesu przed założeniem aparatu. A od początku stycznia będę miała na zębach heavy metal co pewnikiem uczyni mnie heavy mental. Can't wait.

* W piątek zupełnie nieplanowane Vinyl party w Kulturalnej. Kasia w ramach wyprowadzania Balladyny teamu na miasto i ochrony nas przed totalnym zdziczeniem przywiozła, zawiozła do Kultu, po czym niespodziewanie ulotniła się na inną imprezę. Ale było sympatycznie, mimo nie do końca mojej muzyki. Wiele kolorowych postaci, Kultu pełna jak nigdy, tłumy na parkiecie, najdłuższa kolejka do baru w historii (nie poddałam się, trwało to jedyne pół godziny). Bardzo przyjemna, prawie już zapomniana, przewaga heteryków w lokalu. I przemiłe towarzystwo ao. Fajosko. Miło znaleźć sobie coś co bawi w stołecznych klubach. Nie samym indie człowiek w końcu żyje;-)

* Skończyłam mękę nad moim wiadomym tekstem, o którym trąbiłam odkąd wróciłam z Anglii. Jedna naczelna już odmówiła. Niezrażona odpowiedzią, podniesiona na duchu przychylnymi opiniami znajomych, będę próbować dalej;-)

* Zgodnie z twierdzeniem koleżanki, rodzinę docenia się dopiero jak człowiek się wyprowadzi z domu. I rzeczywiście, prawda. Dziś pierwszy raz śpię w rodzicielskim domu odkąd się wyprowadziłam. Bardzo dziwne uczucie, szczególnie, że mój pokój już dawno zaanektowany. Mama poprzestawiła meble i zrobiła sobie z niego malutką pracownię. W związku z czym: niewygodnie się położyć i CIĄGLE tam siedzi. No ale nocowanie u rodziny związane z paskudnym choróbskiem, które mnie dopadło. Nienawidzę chorować, czuję się wtedy niepotrzebna i słaba. Słabość potęguje powrót do rodziców na czas choroby. Ale zapalenie zatok bez ich opieki narazie mnie przerasta. No ale bez dramatu.

* W sobotę byłyśmy z Kasią na Cmentarzu Żydowskim, który jest wielki, piękny i smutny. Bardzo lubię Kasię za to, że pokazuje mi ciągle rzeczy, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

* W sobotę również był stres, bo pierwsza indiepopnight organizowana z moją małą pomocą. Więc nerwy przez cały dzień ile osób przyjdzie, jak wyjdzie w on-offie i jakieś problemy z kontaktami z dziennikarzami.
Ale wyszło dobrze, cały tłum ludzi. Jak dla mnie najrówniejsza muzycznie impreza, mnóstwo klasyki poprzeplatanej z nowością, dobre miksy. Z moich ulubionych, rzecz, której celowości nie załapałam na imprezie (!), czyli połączenie Joy Division- Editors, New Order- The Bravery. A swoją drogą, jeśli ktoś narzekał na małą ilość indie hitów, znaczy to, że nie przesłuchał nigdy żadnej płyty indie-klasyka do końca, bo chłopcy większość czasu lecieli KANONEM. Muzycznie i wizualnie cudownie, w końcu dobre nagłośnienie i klimatyzjacja. Mnie tylko osobiście doprowadza do szału ilość osób na parkiecie.

* Leopold Tyrmand wielkim pisarzem jest. Czytam Filipa, którego Tyrmand uważał podobno za swoją najlepszą książkę. Zakochałam się bez pamięci.

* Obok mokotowskiego domu mamy cudowny antykwariat, w którym to dziś jego właściciel odwiódł mnie w ciągu pięciu minut od pisania pracy magisterskiej na wymyślony wcześniej temat. Chyba żegnajcie Wiadomości Literackie.

Załóż bloga

Archiwum

2008
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec

Kategorie

Linki

Księga gości

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl