Link 24.10.2005 :: 17:57
Komentuj (0)(nie mam czasu na nic, nie mam czasu na nic, nie cierpie poniedziałków, dziękujemy overheardinnewyork za wsparcie)
Suit: Can you move a little?
Teen girl: I can't. My hair's stuck in the door.
Suit: Oh. That's a good reason. Okay.
--L train
Fat chick on cell: Well, it kind of sucks because the subway is
like two avenue blocks away and--
Queer passerby: And there's no Krispy Kreme in between?
--Astoria
Woman #1: There is no ethical dilemma! It's right there in the Bible!
Woman #2: Oh, Bible schmible.
Woman #1: Honestly, Helen. Is that the best rejoinder you can manage? Can we possibly have just one discussion without you pulling out the schmefix?
--Stuyvesant Town Oval
HS girl #1: God, I hate English. It's so hard!
HS girl #2: Yeah, I just don't get this whole verb/noun thing.
--Starbucks, 94th & Broadway
Link 26.10.2005 :: 16:26
Komentuj (5)Zmian wiele i deczko inny tryb życia warszawskiego niż dotychczas. Już prawie miesiąc na Mokotowie ze współlokatorami spędziliśmy, wyczyniając różne eventy, prawie wcale się nie kłócąc, nocując bardziej lub mniej normalnych gości.
Teamem jesteśmy raczej dobrze zgranym. Trzy pierwsze tygodnie poświeciliśmy niewysypianiu się i rozmowom do późnej nocy, z których pamiętam tylko ubolewanie nad wyglądem kampanii reklamowej Orange, zrzędzenie na wynik wyborów i zachwyty nad Beyonce. Oraz jedną bardzo poważną rozmowę na temat ŻYCIA, ŚMIERCI i MIŁOŚCI. Dużo słuchamy radia (moją ulubioną audycją pozostaje ta prowadzona przez dwie babulinki o kawiarniach, muzyce i zwyczajach wojennych w niezidentyfikowanej stacji radiowej), czytamy, dużo zasypiamy w nie swoich łóżkach z głowami w komiksach, gazetach i słówkach (Janusz uczy się średnio cztery godziny dziennie, co mnie przeraża i wpędza w depresję). Jest już prawie familijnie. Dzieny kochani, macie order uśmiechu za wytrzymywanie mojego początkowego marudzenia (to NA PEWNO ze zmęczenia, NA PEWNO).
W pracy często dużo pracy, obecnie najgorszy tydzień od początku. Dziś chwilowo się uspokoiło, ale to cisza przed piątkową burzą. Chłopcy są cudowni, aczkolwiek totalnie pierdolnięci, filmy pokazujemy ostatnio słabe, ale dzieciarnia chodzi i kasa sama leci. Ja oprócz kontaktów z dziennikarzami (ulubieni z portali internetowych, zdecydowanie) zajmuję się odpisywaniem na mnóstwo mejli dziennie z pytaniami: czy wpuszczą mnie na ten film, mama nie chce żebym spędzała cała noc w kinie oraz czy moglibyście jeszcze raz zrobić pokaz z Władca pierścieni. Nie bardzo.
*WFF
Przebiegł w tym roku bez sensacji, bez klimatu, który był zawsze podczas Festiwalu, z ciągle narastającą irytacją. Na rozgrzewkę była urocza rosyjska Nocna zmiana, przyjemny film. Później izraelscy Goście, goście, którzy polecieli ortodoksem religijnym, co niekoniecznie przypadło mi do gustu. Przepiękne Screaming masterpiece, po którym oczywiście miałam ochotę pakować się i wsiadać do samolotu do Islandii ewentualnie kupić sobie wszystkie dostępne płyty z muzyką islandzką. Zacnie zrobione, mnóstwo ciekawostek, odniesień kulturowych troszkę muzyczno-historycznych. No i przede wszystkim Bjork, Sigur Ros, Bang Gang, Slowblow, Mum. Następnie okrutnie ciężka Śmierć pana Lazarescu, słabe Jestem maniakiem seksualnym, na które waliła cała Warszawa, z dawno nie widzianym kolegą na czele; dość zabawna Dzielnica, Dead Fish, które NIE PRZYJECHAŁO, a tak konkretnie do Polski przyjechało w połowie, a ja musiałam oglądać jakiś francuski policyjny thriller, a obok kleiła się jakaś irytująca para. No i „Jak rozbity samolot”. Film piękny, kameralny, mądry. Nieirytująco sentymentalny. I niech mi ktoś jeszcze raz kurna powie, że kino latynoskie jest słabe.
Ogólnie jednak nienajlepiej. Mniej ludzi w tym roku na sensach, Laudyn do szału doprowadzał, a już rekord pobił, kiedy po miłym przywitaniu oklaskami w Relaxie zaczął zrzędzić do mikrofonu „tak, tak, teraz to klaszczecie, a później takie mejle piszecie, bardzo ładnie”. Ech, chłopie.
Po drodze maratonowo jeszcze Factotum (cóż za kupa), Gnijąca Pannę młodą (urocze), a wczoraj Wierny ogrodnik, o którym nie podejmuję się nic pisać. Oprócz tego, że jeden z bardziej poruszających filmów kilku ostatnich lat.
*Parapetparti
Udał się wybornie.(Że tak przekleję z emaila do Miko) mieszkanie oblane konkretnie, wszystkie 35 osób obecnych upiło się koncertowo, wyczyniało głupoty, krzyczało, śpiewało, tańczyło, kłóciło się o Madonnę i MODE, dużo paliło, wylewało drinki i niszczyło nasz cudowny parkiet obcasami.
Najbardziej skandalicznie zachowywali się oczywiście właściciele mieszkania (ze niby my). Dwójka z nich uchlała się do nieprzytomności pijąc w ekspresowym tempie wódkę i mieszając alkohole. Jedno padło bez sił, później odstawiając jeszcze jakąś akrobacje w przedpokoju. Drugie zaczepiało wszystkich biednych ludzi na imprezie. Trzecie się generalnie obśmiewało. Dostaliśmy mnóstwo ślicznych prezentów, za które bardzo dziękujemy. Bardzo fajne sprzęty domowe. Mamy w końcu kieliszki do wina i własną szpatułkę do sera i durszlak i wyciskarkę do czosnku, pojemniczki na kawę i herbatę i W OGÓLE. Jednak z prezentem wygrywają niepokonani Magda i gpięć, którzy dali nam gigantyczne naręcze maków (sztucznych, a ja już wówczas pijana kłóciłam się z Januszem dobre kilka minut, żeby włożył je w końcu do wody) i podłożyli nam świnię. Świnia jest cudowna i stoi w honorowym miejscu. Magda dostarczyła również mnóstwo rozrywki świecącymi kostkami wyniesionymi z imprezy Finlandii, które niektórzy WKŁADALI SOBIE DO BUZI. Mi nawet oberwało się pięścią w nos i zostałam wyklęta, ale w tej kwestii już dawno wszystko wyjaśnione;-) Uroczy był taki sam poziom upicia i robienia głupot. Po niektórzy mieli traumę przez alkohol, a inni okrutny ból głowy. Warto było. Sąsiadki przemiłe, starusieńkie nie robiły nawet żadnych problemów.
Ostatnio urodziny griba, który dostał śliczne prezenty, zwieńczone recitalem w wykonaniu kazi, g5 i Marty, niedzielne śniadanie na Balladyny z Widokówką, uro Janusza, oglądanie Weeds u griba, rozjazdy po Polsce w celu odwiedzenia rodziny.
Wczoraj poważny kryzys zdrowotny. I woha, rzucam palenie. Jak mnie ktoś będzie widział z papierosem lać bez ostrzeżenia. A dziś przyleciał do Polski mój szef angielski ukochany i wieczorem mamy wycieczkę po lokalach w celu zapoznania go z topografią Warszawy przed styczniową konferencją firmy. Jaram się.
I na miły koniec:
-Man on cell: Well, I'm tired, a little drunk, hungry, and I just got laid in the bathroom of a very nice bar.
It's been a good night.
-AMNewYork guy: AMNewYork! Get your same shit, different fucking day newspaper! AMNewYork! Same shit! Different fucking day!
I jeszcze overheard in London by Miko, mam nadzieję, że się nie obrazi, ale ubawiło mnie do łez:
"I've never had an 'A-Z', I'm not a fucking taxi driver."
No. A w piątek Indiepopnight, w sobotę natomiast lecę na kilka dni na Południe. Kupiłam hardkorowy biały kardigan w lumpeksie. Śmigam na dobrej fazie, tylko niech już nie boli.